Trochę się w ostatnim czasie wydarzyło. Pojechaliśmy z Kasią i znajomymi na Heineken Open’er Festival w Gdyni. Było bardzo sympatycznie, chociaż aura nie dopisała. Dojechaliśmy pociągiem, zadokowaliśmy się w akademikach Politechniki Gdańskiej i stamtąd wyruszyliśmy na pierwsze piątkowe koncerty. Nie szczędząc piwa i innych atrakcji kulinarnych wylądowaliśmy, gdy grała już Groove Armada. Ja za nimi specjalnie nie przepadam, więc udałem się z żoną mą, Katarzyną, do ogródków piwnych, gdzie raczyliśmy się szczochem Heinekenem. Później było Sonic Youth, które obejrzałem, powiedzmy, w połowie no i na koniec The Roots. Dali na prawdę dobry koncert, po którym zwinęliśmy się do lokum w Gdańsku.
Następny dzień (sobota) należał do przepięknej deszczowej pogody. W południe odwiedziliśmy plażę w Gdańsku, gdzie złapało nas konkretne oberwanie chmury. Od tego momentu już lało praktycznie non stop, z przerwami na piwo. Wróciliśmy do akademika i pospieszyliśmy na sobotnie koncerty. Po wyjściu z autobusu w zasadzie nie mieliśmy po chwili nic suchego na sobie. Dopiero na Beastie Boysach przestało padać. W miarę chłopakom udało się rozgrzać publikę, ale koncert w sam sobie nie był rewelacyjny. Gdyby nie grali hiciorów (no ale co mogli grać na takiej imprezie
), to było by kiepsko. Po nich zagrali Muse, który to live act oceniam najlepiej ze wszystkich, na których byłem. Koncert na prawdę fantastyczny. Wspaniałe wizualizacje i na szczęście bez opadów. Kawał dobrej muzy. Humor tylko odbierało wszędobylskie błoto, mokre buty i ubrania. No taki urok koncertów pod chmurką…
Krótko po zakończeniu koncertu Muse poszliśmy do domu. Pominę już dantejskie sceny w autobusie i kolejce SKM, do których po prostu dostać się było sztuką. W domu wylądowaliśmy około 6 rano i padliśmy do łóżek. Niestety cała ta pogoda, wszędobylskie błoto i zmęczenie dały nam się we znaki w niedziele, ponieważ odpuściliśmy sobie te ostatni koncerty (Bloc Party i Bjork), no ale świat się nie kończy i pewnie kiedyś ich jeszcze w naszym pięknym kraju zobaczymy.
Krótko mówiąc, wyjazd bardzo udany, jeśli chodzi o zabawę, ale kompletnie zwalony, jeśli mowa o pogodzie. Mogliśmy wziąć kalosze. Podczas którejś z rozmów przy piwnym ogródku, dowiedzieliśmy się, że ceny gumiaków wywindowali nawet do 100 zł za parę, więc zbili na tym pewnie niezły interes








One Response to “Heineken Open'er Festival 2007”
No pogode to miales jak tydzien wczesniej – dobrze ze chociaz fajnie niektorzy zagrali. Ja sie opuscilem niestety w koncertach i innych imprezach kurtularnych i mam nadzieje ze sie w koncu gdzies na ciekawy koncert wybiore.